Medytacja o sercu

Wiele lat czułam się krucha, mizerna i nieprzystająca. Nie otwierałam serca. Chyba nie umiałam. Dziś widzę, że to pokłosie dawnych lat. Wrażliwe serce ukryło się we mnie. Ja ukryłam je w sobie, żeby nikt go nie zranił. Czułam to jak pancerz, zbroję. Gotowa byłam do ucieczki w każdej chwili. I bardzo często uciekałam.

Podczas jednego ze zjazdów Treningu Zen Coachingu mieliśmy taką medytację o sercu. Żeby zobaczyć swoje serce w sobie. Przyglądać się jakie ono jest i co robi. Moje serce huśtało się na huśtawce. Samo. Nikogo wokół. Totalnie pogodzone z tym, że jest samo. Druga medytacja sprawiła, że rozpadłam się na milion kawałków. Nie pamiętam o czym była dokładnie ta medytacja, ale zobaczyłam swoje serce skulone, wystraszone, przerażone. Trzęsło się tak strasznie. Mieliśmy porozmawiać ze swoim sercem. Moje nawet nie pozwoliło mi do siebie podejść. MNIE! Tak bardzo bało się zranienia. Im bliżej podchodziłam tym, ono bardziej chowało się w kąt. W końcu stanęło na tym, że mogłam tylko z daleka je obserwować. Na tyle mi pozwoliło. Gdy byłam w pewnej bezpiecznej dla niego odległości. Zaczęło się wtedy bawić i zajmować sobą. Oczywiście samo. Nikogo wokół.

Kiedy to piszę, to łzy mi lecą jak grochy. Oddycham i pozwalam się temu wydarzać.

Ja wtedy zrozumiałam, że to obraz mojego życia. Daleko od siebie, daleko od innych. Z wystraszonym sercem. Częściej pogodzonym, że tak to już jest, niż buntującym się.

Daleko byłam od siebie. Daleko od własnej kruchości, wrażliwości. Uzbrojona po szyję. Daleko byłam od innych. Gdzieś z boku. Obserwująca. Z daleka. Bez pokazania swojej delikatności. Potwornie się bałam zranienia. Braku akceptacji. Odrzucenia. Nigdy siebie nie pokazałam. Że mnie coś boli, że już nie mogę, że nie daję rady.

Jak mantrę powtarzałam sobie, że dam sobie radę sama. Czy dałam?? Dałam. Ale jakim kosztem? Zbyt wielkim.

Wtedy na sali rozpadłam się totalnie.

Buchnęło ze mnie to wszystko, bo już nie było do utrzymania. Zbierał mnie Jurek. Dając empatię, ciszę, obecność pozwolenie na wszystko co się wydarzało. I powiedział wtedy: „jesteś taka piękna”

I wtedy poczułam jak piękny jest człowiek w prawdzie. Ten kruchy, delikatny. Potrzebujący obecności, nie ocen. Jak piękna jest nasza wrażliwa część. Bez zbroi. Poczułam za kruchością siłę. I TA siła też była piękna. Żadna inna. Tylko ta płynąca z prawdy i wrażliwości. Moje serce na początek uwierzyło tylko Jurkowi. Ale pierwszy krok został zrobiony.

I zaczęłam się uczyć pokazywać wrażliwość. Płakać przy innych i nie wstydzić się tego. Bać się i mówić o tym głośno. Prosić o pomoc, bez myślenia co inni powiedzą. A przede wszystkim obejmować swoje serce. Rozmawiać z nim, dawać empatię, siedzieć w ciszy kiedy nie chce ze mną rozmawiać. Zaciekawiać się tym, czego naprawdę potrzebuje. Teraz jesteśmy bliżej siebie.

Oczywiście, że zdarza mi się jeszcze uciekać. Czasem wkładam zbroję. I wciąż pracuję z: ”poradzę sobie sama”. A potem sobie uświadamiam, że sobie poradzę sama, ale w sumie to nie chcę sama. I biorę swoją wrażliwość, kruchość i idę prosić o pomoc, o wsparcie, o wysłuchanie, o przestrzeń.

Moje serce ma zawsze mnie. Nigdy nie jest samo. Ja zawsze mam innych ludzi. Nigdy nie jestem sama.

 

Czujemy samotność i brak oparcia. Nie wiemy jak dotrzeć do serca, jak je objąć. Potrzebujmy obecności innych. Poruszył Cię ten wpis? Udostępnij proszę. Ludzie naprawdę tego potrzebują. Jedno zdanie, które poruszyło Twoje serce – napisz w komentarzu.

A jeśli masz ochotę na medytację serca, to zapraszam w poniedziałek 16-go października do grupy na Facebooku Gotowa na zmianę. O 9.00.

Dziękuję ze jesteś.

2017-10-11T11:40:06+00:00

Zostaw komentarz

FreshMail.pl
 

Pobierz transkrypt

FreshMail.pl